czwartek, 8 stycznia 2009

Chwilo trwaj...


takie życzenie rzuciłabym złotej rybce, gdyby była pod ręką dzisiaj rano. Byłam ze Smoluchem na spacerze... -10C, słońce i miliony diamentów na gałęziach, trawach i na czym tylko mógł sie szron utworzyć... Matko - jak było cudnie... tego się nie da opisać słowami... Trzeba było zobaczyć... Szłam z usmiechniętą gębą -inaczej sie nie dało - powtarzając "jak cudnie"... Dla takich chwil warto żyć...
Smoluch chyba wiedział, jak jest pieknie, bo od rana śpiewał na kocyku, usiłując nas wywabić z łóżka.  Rechotałam się niemożebnie, bo pierwszy raz dał taki popis wokalny... Brzmiało to pośrednio pomiędzy krowim muczeniem, a... no nie wiem czym... Ale brzmiało prześmiesznie.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Znowu Smoluch...

2-giego byliśmy w Dębnie u weta. Smoluszydło dostało blokadę z jakimś lekiem w kolano, bo okulał na skutek stanu zapalnego i naderwanych wiązadeł.. . Najpierw głupi jaś, którego działanie miało apogeum po wyjściu z gabinetu i pies ułożył się na środku podwórka do snu... Musieliśmy go wrzucić wspólnymi siłami jak worek kartofli na tylne siedzenie. Prawie całą drogę powrotną przespał.
Dzisiaj już trochę lepiej. Widać działanie leków. Łyka 4 prochy na raz dwa razy dziennie... Co ja się namęczę... Najważniejsze jednak, żeby pomogły.
Prowadzamy go cały czas na smyczy z dwóch powodów - żeby nie biegał i nie forsował nogi, no i przede wszystkim, żeby nie zwiał. Znowu kierunek "wieś" go absorbuje najbardziej. Gdyby nie był na uwięzi, to na pewno już nie raz musielibyśmy za nim gonić... Widać tak już ma o tej porze roku.





Wczoraj spadł pierwszy "normalny" śnieg tej zimy. Dzisiaj jest cuuudnie.
Ale pies znowu ma pełne łapy śniegu i co trochę się zatrzymuje, żeby go sobie wygryźć spomiędzy opuszków... Przydałyby się jakieś trzewiki :)







A mnie bolą przeguby... Znowu romantyzm dochodzi do głosu :|

sobota, 27 grudnia 2008

...



Dzisiaj, po otwarciu poczty w N.Kl. dowiedziałam sie o śmierci W-Fa. Bardzo mi dziwnie. Ostatni rok spędził u Teresy. Nic więcej nie wiem... I chyba tak jest lepiej. Dobrze się stało, że nie dowiedziałam się o tym przed świętami.

piątek, 12 grudnia 2008

Nie wierzę w sny, nie wierzę w sny... nie wierzę w sny... nie wierzę...

A sen miałam nad ranem, bardzo przygnębiający... No okropny... Przynajmniej dla mnie, gdyż podobnych doświadczeń miałam w życiu parę... 
A więc (nie zaczyna sie zdania od "a więc") śniło mi się, że musiałam się znowu wyprowadzić... Oczywiście z moim nieśmiertelnym zestawem mebli sosnowych... Kuchennych nawet nie mogłam zabrać, bo nie miałabym ich gdzie wstawić. Wynajęłam jakiś zdewastowany pokoik bez wygód (podarta wykłądzina na cementowej podłodze, kilka warstw łuszczącej sie farby na ścianach, odrapane, małe okienko, drzwi prosto na klatkę schodową - na tylko tyle było mnie stać), gdzie mogłam jedynie wygospodarować niewielki kącik na jakieś kuchenne akcesoria. I najbardziej żałowałam, że nie zabrałam mojej półeczki z przyprawami... Obudziłam się z ulgą wielką, aczkolwiek i z wielkim niepokojem, że może się ten sen - wcześniej czy później - sprawdzić.... 
Nie wierzę w sny, nie wierzę w sny... nie wierzę w sny...
Kończę wreszcie kartki... Jutro pojedziemy do Chojny i do Schwedt... Mieliśmy dzisiaj, ale... jakoś słabo mi wszystko idzie...