poniedziałek, 5 stycznia 2009

Znowu Smoluch...

2-giego byliśmy w Dębnie u weta. Smoluszydło dostało blokadę z jakimś lekiem w kolano, bo okulał na skutek stanu zapalnego i naderwanych wiązadeł.. . Najpierw głupi jaś, którego działanie miało apogeum po wyjściu z gabinetu i pies ułożył się na środku podwórka do snu... Musieliśmy go wrzucić wspólnymi siłami jak worek kartofli na tylne siedzenie. Prawie całą drogę powrotną przespał.
Dzisiaj już trochę lepiej. Widać działanie leków. Łyka 4 prochy na raz dwa razy dziennie... Co ja się namęczę... Najważniejsze jednak, żeby pomogły.
Prowadzamy go cały czas na smyczy z dwóch powodów - żeby nie biegał i nie forsował nogi, no i przede wszystkim, żeby nie zwiał. Znowu kierunek "wieś" go absorbuje najbardziej. Gdyby nie był na uwięzi, to na pewno już nie raz musielibyśmy za nim gonić... Widać tak już ma o tej porze roku.





Wczoraj spadł pierwszy "normalny" śnieg tej zimy. Dzisiaj jest cuuudnie.
Ale pies znowu ma pełne łapy śniegu i co trochę się zatrzymuje, żeby go sobie wygryźć spomiędzy opuszków... Przydałyby się jakieś trzewiki :)







A mnie bolą przeguby... Znowu romantyzm dochodzi do głosu :|

sobota, 27 grudnia 2008

...



Dzisiaj, po otwarciu poczty w N.Kl. dowiedziałam sie o śmierci W-Fa. Bardzo mi dziwnie. Ostatni rok spędził u Teresy. Nic więcej nie wiem... I chyba tak jest lepiej. Dobrze się stało, że nie dowiedziałam się o tym przed świętami.

piątek, 12 grudnia 2008

Nie wierzę w sny, nie wierzę w sny... nie wierzę w sny... nie wierzę...

A sen miałam nad ranem, bardzo przygnębiający... No okropny... Przynajmniej dla mnie, gdyż podobnych doświadczeń miałam w życiu parę... 
A więc (nie zaczyna sie zdania od "a więc") śniło mi się, że musiałam się znowu wyprowadzić... Oczywiście z moim nieśmiertelnym zestawem mebli sosnowych... Kuchennych nawet nie mogłam zabrać, bo nie miałabym ich gdzie wstawić. Wynajęłam jakiś zdewastowany pokoik bez wygód (podarta wykłądzina na cementowej podłodze, kilka warstw łuszczącej sie farby na ścianach, odrapane, małe okienko, drzwi prosto na klatkę schodową - na tylko tyle było mnie stać), gdzie mogłam jedynie wygospodarować niewielki kącik na jakieś kuchenne akcesoria. I najbardziej żałowałam, że nie zabrałam mojej półeczki z przyprawami... Obudziłam się z ulgą wielką, aczkolwiek i z wielkim niepokojem, że może się ten sen - wcześniej czy później - sprawdzić.... 
Nie wierzę w sny, nie wierzę w sny... nie wierzę w sny...
Kończę wreszcie kartki... Jutro pojedziemy do Chojny i do Schwedt... Mieliśmy dzisiaj, ale... jakoś słabo mi wszystko idzie... 

sobota, 6 grudnia 2008

Mikołajki

Może dzisiaj Moi przyjadą ze Szczecina... Czekają na nich paczuszki.... paczuszątka... od Mikołaja :)
Nic nadzwyczajnego, bo fundusze u Mikołaja kiepskie...
Smoluch co rano łudzi mnie, że z łapą lepiej. Niestety, potem w ciągu dnia znowu bardziej kuleje... Wniosek - po nocnym odpoczynku łapa sprawniejsza... Chyba...
Jakoś nie za bardzo się dzisiaj czuję... Troche śpiąca... rozleniwiona... Głowa pobolewa, jakieś zawroty lekkie...  A tu tyle do roboty... 
Przede wszystkim kartki, ale ciągle nie mam ostatecznej wizji.... Chociaż właściwie z grubsza już wiem, a jaki bedzie efekt... Sie zobaczy.
Ograniczyłam ilość robionych, bo tak jakoś czuję sie zawiedziona kontaktami całorocznymi z koleżeństwem (byłym?) Co z oczu, to z pamięci i serca, o ile coś tam w tym sercu w ogóle grało... To ja też nie będę się tak bardzo angażować... Robię dla tych, którzy na codzień o mnie pamiętają. To chyba sensowne?